Ładny zadbany budynek starej szkoły w Szarleju.
Właściwie każdą kujawską wycieczkę w 2026 roku powinienem rozpocząć z Domu Rodzinnego Jana Kasprowicza. Ten wielki polski poeta zmarł równe sto lat temu w Zakopanem. W polskiej literaturze nie ma większego piewcy Kujaw — tych biednych i nieszczęśliwych.
0 / 15.8 km
Kasprowicz wielkim poetą był, ale miał charakter. Podczas fetowanej w Kruszwicy pięćdziesiątej rocznicy twórczości Józefa Ignacego Kraszewskiego dokonał rzeczy niebywałej — zebrał dwudziestu „dorodnych parobczaków” i na koniach, w stroju chłopskim pognał do Kruszwicy.
Zainspirowany tą historią postanowiłem przejechać trasę Inowrocław-Kruszwica. Nie konno, ale starym rowerem. Nie w towarzystwie krzepkich chłopów, ale doprawdy zacnej kompanii. Będą mi towarzyszyli Jan Kasprowicz, Stanisław Przybyszewski — meteor Młodej Polski, pijak i skandalista; światowcy — Józef oraz Władysław Kościelscy; Władysław Biały — błędny rycerz oraz Konrad Mazowiecki — srogi książę.
No nie, nie tak szybko.
Obecnie na przejeździe kolejowym w Szymborzu trwa remont co utrudnia bądź całkowicie uniemożliwia przejazd.
Mimo wszystko, w drogę!
2.1 / 15.8 km
Opuściwszy wiadukt nad obwodnicą Inowrocławia, powinienem, jak większość kolarzy, skręcić do Łojewa dopiero w Sikorowie. Niedoczekanie. Skręcam zaraz za wiaduktem i ładuję się na brukowaną drogę do Ostrowa Krzyckiego. Trzęsie strasznie, ale jestem gotów na odrobinę niewygody. Wszystko, żeby sięgnąć w przeszłość najgłębiej, jak się da.
Pierwsze miejsce nazywa się „pole Bujaka i Małachowskiego” albo „piaśnica”. Niektórzy nazywają je po prostu „Górka”. Tak też wspominał ją Przybyszewski. Zatrzymuję się. Patrzę na zwykłe pole. Nic szczególnego — ziemia, sucha trawa, sporo śmieci.
To cmentarzysko, na którym chowano ludzi od epoki kamiennej do średniowiecza. Pewnie od dawien dawna grzebano tu ówczesne elity. Teren był przez stulecia intensywnie eksploatowany — archeolodzy rozpoznali to miejsce tylko na podstawie lichych pozostałości.
Uważnym badaczom nie umknęła niepozorna gliniana kostka do gry. Bardzo podobnymi bawili się starożytni Rzymianie. Ktoś z naszych przodków — strażnik bursztynowego szlaku — zawędrował aż do Imperium Romanum, napatrzył się tamtejszych zwyczajów i przyniósł je do domu. Na „Górkę”. Na Kujawy.
Mam nadzieję, że kostka przyniosła mu szczęście. Sprawdzam, czy rower wytrzyma jeszcze trochę bruku. Chyba tak, da radę.
4.2 / 15.8 km+1
Za kępą topól skręcam w prawo i toczę się prostą, utwardzoną drogą. Hałdy kamieni, pryzmy żwiru i wielkie maszyny tworzą specyficzną atmosferę. Sceneria jak z filmu fantastycznego. I bardzo dobrze, ćwiczenia z wyobraźni bardzo się przydadzą. Przystaję przy brzozowym zagajniku i patrzę na puste pole. Horyzont równy jak kreska, nic szczególnego. Gdybym stał w tym miejscu jakieś pięć tysięcy lat wcześniej, gapiłbym się na wielkie, usypane z ziemi i obłożone kamieniami grobowce. Usypali je ludzie, których archeolodzy zaliczyli do kultury pucharów lejkowatych. Megalitycznych grobowców na Kujawach było sporo. Jednak przez tysiąclecia uległy zniszczeniu. I teraz najlepsze — grobowce, mimo że zatarte, są wciąż obecne w kujawskim krajobrazie. W miejscu, gdzie je usypano, inaczej rośnie zboże. Wprawne oko potrafi dostrzec, gdzie się znajdują. No ale nie czarujmy się, z perspektywy siodełka niewiele widać. Warto wtedy odwiedzić grobowce, które zachowały się w lasach miradzkich, lub wyruszyć do Wietrzychowic i Sarnowa, gdzie znajdują się zrekonstruowane grobowce. Ja natomiast wracam i pedałuję krętym asfaltem prosto do Łojewa.
6.2 / 15.8 km+1
Łojewo ma się czym pochwalić. Ma bogatą historię, która sięga aż dwunastego stulecia. Po raz pierwszy zostało wspomniane w 1193 jako własność norbertanek ze Strzelna. Ma Stanisława Przybyszewskiego — pisarza skandalistę. Miejsce jego urodzin upamiętniono stosowną tablicą. Łojewo ma dziewiętnastowieczny dworek, ma park. Teraz jednak najbardziej mnie interesuje to, że Łojewo ma plażę. Bardzo fajne miejsce z miłym piaskiem, pomostem i parkingiem nazywa się „Przystanek Łojewo”. Zatem przystaję nad wodą, podglądam kaczki. Po chwili marznę i przenoszę się na ławkę obok drewnianej rzeźby Przybyszewskiego. Marzniemy razem. Przybyszewskiemu postanowiłem poświęcić osobną wycieczkę. Myślę, że nową przygodę zacznę w miejscowym Centrum Dziedzictwa Kujaw Zachodnich, tam znajduje się izba pamięci mu poświęcona. Teraz goni mnie przygoda. — „Jeszcze się zobaczymy” — żegnam Przybyszewskiego. Bez zwłoki ruszam dalej — do Szarleja.
Wyjechałem z Łojewa i prostą drogą rwę na południe. Po kilkuset metrach rwanie się kończy. Trochę marudzę, pewnie dlatego, że jadę pod górkę. Zatrzymuję się i łapię oddech. Stoję tuż przed pradawną granicą między Łojewem i Szarlejem. Błękitna kapliczka przy elewatorach wciąż stoi na historycznej miedzy.
Komputer nie bez powodu wskazał to miejsce jako punkt odpoczynku. Miałem prawo się zasapać. Oto stoję niemal na samym szczycie kujawskiego wzniesienia — całe 88 metrów nad poziomem morza. Teraz droga łagodnie opada, historia znów nabierze tempa.
9.8 / 15.8 km+1
Szarlej witam z szerokim uśmiechem. Powody tego niecodziennego (jak dla mnie) stanu są dwa. Po lewej stronie drogi rozpoczyna się ścieżka rowerowa, która prowadzi przez całą wieś. Po prawej zaś widać miły dla oka odnowiony budynek starej szkoły. Została uroczyście otwarta w 1907 roku. Jej gmach służył uczniom przez 85 lat.
Grunt pod budowę szkoły darował właściciel Szarleja — Józef Kościelski. Postać to wielce ciekawa — dobry gospodarz, polityk (był posłem w Reichstagu) a nadto filantrop (wspierał Kasprowicza!) i poeta. Jego dzieła nie wzbudziły entuzjazmu krytyków, ale stanowią bardzo ciekawe źródło dla miłośników Gopła i okolic. Warto poszukać jego „Sonetów Nadgoplańskich” oraz tragedii „Władysław Biały, książę gniewkowski”.
Józef Kościelski był bratankiem urodzonego w Szarleju Władysława Kościelskiego, znanego jako Sefer Paşa. To postać nietuzinkowa — obieżyświat, generał w wojsku tureckim, hodowca koni. Niewiele brakowało, żeby ustrzelił w pojedynku Karola Marksa.
Już prawie za wsią skręcam w prawo. Niewygodną betonową dróżką zajeżdżam do zdewastowanego parku, pod dwór Kościelskich. Szukam piwnicy. Wiosną i jesienią znaleźć ją nietrudno. Natomiast latem jest to zadanie utrudnione z powodu wysokich pokrzyw oraz zajadłych komarów.
Według legend piwnica to pozostałości średniowiecznego zamku. Badacze twierdzą, że to pozostałości późniejszego, wczesnonowożytnego dworu. Może to stara lodownia, w której Kościelscy przechowywali burgundzkie wina? Bez wątpienia ukryte w gąszczu zieleni, częściowe zasypane piwnice rozpalają wyobraźnię.
Korzystam z niskiego stanu zielska i idę nad brzeg jeziora. Po drugiej stronie widać potężne wały średniowiecznego grodziska. Tutaj mieściła się fortalicja Władysława Białego, księcia gniewkowskiego i ostatniego przedstawiciela Piastów kujawskich. Władysław to także postać nietuzinkowa — porzucił swoje księstwo i udał się na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Później jako Krzyżowiec walczył z Prusami. Na krótko osiadł we Francji, gdzie został mnichem. Po śmierci Kazimierza Wielkiego spróbował zostać królem Polski. Bezskutecznie. Burzliwe życie zakończył w opactwie św. Benigna w Dijon.
Gród Władysława Białego jest dzisiaj właściwie niedostępny, znajduje się na terenie poligonu wojskowego. Czasami to miejsce mogą odwiedzać zorganizowane grupy turystyczne. Można wtedy spotkać nie tylko ślady związane z historią Władysława Białego, ale także z młodością Jana Kasprowicza, który chadzał tutaj szlifować swoje pierwsze wiersze. Polecam taką wycieczkę z całego serca.
Wychodzę z zarośli i wracam na asfalt. Do Kruszwicy. Po drodze muszę pokonać jeszcze jedną przeszkodę.
13.1 / 15.8 km+1
Tą przeszkodą jest, a raczej było błoto — nieodłączny składnik kujawskiego krajobrazu. Zbliżam się do Bachorzy, czyli błota. Skutecznie tarasował drogę między Szarlejem a Kruszwicą. Na dziewiętnastowiecznych mapach próżno szukać wygodnej drogi. Osuszanie błot Bachorzy rozpoczęło się dopiero w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. Dzisiaj błota przypominają o swoim istnieniu tylko w czasie powodzi, które na stepowiejących Kujawach są rzadkością. Pozostały jednak legendy. Bachorzą miała przebiegać średniowieczna droga wodna, która łączyła Noteć z Wisłą. Gdzieś tutaj znajdowała się osada Korabniki, której mieszkańcy mieli trudnić się budową płaskodennych łodzi — korabi.
Prostą drogę przecinają kanały Bachorzy. Przy jednym z nich stoi wysoki krzyż z datą 8 grudnia 1935. Co się wtedy wydarzyło?
8 grudnia 1935 w kruszwickiej Kolegiacie doszło do kradzieży. Jak relacjonował przejęty korespondent Dziennika Bydgoskiego: „z poniedziałku na wtorek w nocy nieznani dotąd sprawcy włamali się do kościoła kolegiackiego. Rozbili oni tabernakulom, rozrzucili hostje św., zabrali kielichy, wota z ołtarzy i zdarli z ołtarza Matki Bożej koronę. Nic bardzo się jednak obłowili, ponieważ zabrali imitacje, nie przedstawiające dużej wartości, bo zaledwie około 250 zł.”.
Część łupów udało się odzyskać. Złodzieje schowali je pod drewnianym mostkiem. W tym miejscu postawiono krzyż, który stoi po dziś dzień. Jak skończyła się ta kryminalna historia? Czy rabusiów udało się schwytać? Tego już niestety nie wiem. Nie pozostaje mi nic innego, jak ruszyć wprost do Kolegiaty. Na parkingu przed kościołem skręcam w prawo i już po chwili stoję pod kościołem. Wysoko zadzieram głowę. Czeka na mnie wspinaczka po schodach.
14.1 / 15.8 km+1
Dźwiganie roweru po schodkach, które prowadzą do Kolegiaty, nie jest wygodne, ale za to pouczające. U stóp Kolegiaty widać pokrytą bluszczem skarpę. W dwunastym wieku, w czasach budowy kościoła, do tej wysokości sięgały wody Gopła. Głazy na budowę świątyni przypływały drogą wodną aż z dalekiego Brzeźna.
Szlachetny budulec współgra z monumentalną bryłą kościoła. Kruszwicka Kolegiata pomimo wielu, niespecjalnie udanych, renowacji zachowała romańskiego ducha. Wspaniale prezentuje się zwłaszcza jej wschodnia strona. Ujęcie pięciu harmonijnych absyd zdobi każdy przyzwoity podręcznik poświęcony średniowiecznej architekturze.
Spacer wokół kościoła to uczta dla uważnych tropicieli historycznych detali. Zobacz, jak przez setki lat wytarły się kamienne progi świątyni. Zwróć uwagę na tajemnicze głębokie rysy, które znajdują się przy drzwiach Kolegiaty. Według legend miał je wydrapać diabeł rozzłoszczony budową kościoła. Inni tłumaczą, że te ślady to wynik ostrzenia mieczy i szabel. Ta fascynująca zagadka, nad którą pochylają się poważni badacze. Ich zdaniem rysy na kamieniach to ślady po rytualnym krzesaniu ognia w okresie Wielkanocy lub pozostałości po pozyskiwaniu proszku ze ścian kościoła w celach medycznych.
Surowe, kamienne ściany kolegiaty widziały niejedno, ale uważne oko może wiele dostrzec. Na przykład na jednej z absyd znajduje się okienko wydrążone w jednym głazie. Co za wspaniały detal, poszukasz go?
Miłośnicy tajemniczych symboli zapewne zwrócą uwagę na wieżę, gdzie znajduje się kamień z głębokim rytem przypominającym kształtem swastykę (oczywiście ten symbol nie ma nic wspólnego z nazistowskim plugastwem). Warto jednak spojrzeć jeszcze wyżej, żeby dostrzec wmurowany w naroże wieży kamień. To fragment romańskiej rzeźby, być może głowica kolumny, z nieczęsto spotykanym motywem podwójnej głowy.
Mógłbym chłonąć ten średniowieczny klimat godzinami. Jest jednak wczesna wiosna. Ruszam dalej, żeby się rozgrzać. Znoszę rower po betonowych schodkach. Skręcam w lewo i jadę ścieżką wyłożoną kostką w stronę mostu.
14.8 / 15.8 km
Tak oto wylądowałem pod mostem. No owszem, nie prezentuję się może najlepiej, lecz nie w tym rzecz. Kruszwickie mosty to najlepsze miejsce, żeby poznać jedno z najważniejszych wydarzeń polskiego średniowiecza.
16 czerwca 1230 roku „przed mostami w Kruszwicy” (Acte sunt in Cruszwicia ante pontes) Konrad Mazowiecki miał wydać dokument, w którym darował Krzyżakom Ziemię Chełmińską i wszystkie tereny, które udałby się im podbić. Oryginał przywileju nie zachował się, treść znamy tylko z kopii. Wielu historyków uważa, że został sprokurowany przez Krzyżaków, którzy chcieli potwierdzenia swojej ekspansywnej polityki.
Na temat autentyczności przywileju kruszwickiego przelano już morze atramentu. Nie dodam w tej materii ani kropli. Pozostaje mi podziwiać Gopło, które, jak pisał Jan Długosz „… tak długo i szeroko się rozlewa, że patrzącemu prawie morzem się wydaje”.
Spod mostu ładnie prezentuje się Mysia Wieża. Zabytek to owszem, leciwy, ale gdy Konrad Mazowiecki sprowadzał Krzyżaków, nawet nie było jej w planach.
Powoli docieram do końca wycieczki — dzikiej plaży. Jadę tuż nad brzegiem jeziora. Wiosną ten odcinek może dostarczyć szczególnych emocji. Jezioro biorą w posiadanie gęsi pospołu z resztą pierzastego towarzystwa. Wiosną gęsi królują w całej Kruszwicy. Łażą po chodnikach, za nic mając zasady ruchu drogowego. Często wyprowadzają pisklęta. Jeśli zbliżysz się nieostrożnie, groźnie zasyczą. Później już gonią bez litości. Niestraszne im nawet auta. W obawie przed ptasią furią nieraz brałem nogi na pas.
15.8 / 15.8 km
Koniec historycznej podróży, dotarłem na plażę. Czas odpocząć i zastanowić się, którędy wrócić? Tą samą drogą? Może przy Kolegiacie skręcić w lewo i „małym mostem” zajechać do centrum Kruszwicy?
Chwileczkę, czemu wracać, skoro można ruszyć dalej? „Dzika plaża” to świetny punkt, by nabrać nieco sił i dalej odkrywać nadgoplańskie historie.
Siedzę na pomoście. Z bezpiecznego dystansu oglądam gęsi. Jeszcze nie podjąłem decyzji. A Ty?